Trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że rozmów o pieniądzach w większości my, Polacy, unikamy jak tylko możemy. Wyobrażacie sobie sytuację, w której spotykamy znajomego na ulicy i mówimy: „Cześć, co słychać? Ile zarobiłeś w tym miesiącu? Bo ja tyle a tyle”? Z drugiej strony do kanonu naszych codziennych rozmów w warzywniaku należy narzekanie na ogólną biedę, wysokie podatki i niskie płace – ale raczej nie zdradzamy szczegółów. Dlaczego tak starannie unikamy mówienia o tym, co nas tak bardzo w gruncie rzeczy interesuje?

Dżentelmeni nie mówią o pieniądzach

 

Mówi się też, że o pieniądzach, polityce i religii się nie dyskutuje. Skąd takie podejście do tematu, który przecież dotyczy każdego z nas? Po części da się to wytłumaczyć historią – przed 1989 rokiem mało kto miał wpływ na wysokość swoich zarobków, a ci, którzy się dorobili uważani byli za kombinatorów i cwaniaków. Takie przekonanie w niektórych kręgach pokutuje do dzisiaj, więc lepiej się ze swoją zamożnością nie wychylać. Z drugiej strony, jeżeli jesteśmy jedyną osobą w towarzystwie, której powodzi się gorzej, również wstyd się do tego przyznać.

Rozmowy o pieniądzach są natomiast czymś naturalnym dla biznesmenów, którzy negocjują rozmaite kwoty na co dzień. Dzięki temu mogą mówić o nich tak samo jak o poglądach czy wykształceniu. Czyli rzeczowo, bez egzaltacji i nieustannego porównywania się do innych. Reszcie naszego społeczeństwa jednak do takiej postawy sporo brakuje.

Wiele osób przyznaje się do tego, że nie potrafi negocjować ani swoich zarobków, ani chociażby upustu w sklepie. Część ludzi obawia się, że jeśli zażądają zbyt wysokiej pensji zostaną uznani za chciwych lub pazernych, inni w ogóle nie potrafią wycenić swojej pracy. Jeśli sytuacja zmusza nas do rozmowy na ten temat, zwykle czekamy, aż druga strona wymieni jakaś kwotę, do której będziemy się mogli ustosunkować. Z tej przyczyny nasze finansowe negocjacje przypominają czasem grę w podchody.

Zastaw się, a postaw się

 

Wielu Polaków ma w stosunku do pieniędzy swoiste rozdwojenie jaźni. Z jednej strony uwielbiają narzekać na to, jak mało zarabiają, czy godzinami szukać tańszej oferty, z drugiej jednak za nic nie przyznają się, że na coś ich po prostu nie stać – zwłaszcza, jeśli sąsiada stać… Najczęściej spotykanym tego przejawem są wesela organizowane na zasadzie „zastaw się, a postaw się”, po których kredyty często spłacane są kilka lat przez całą rodzinę. Podobnie, jeśli obracamy się w bogatszym towarzystwie, w którym modne jest na przykład posyłanie dzieci do prywatnych szkół. Znam przykład rodziny, w której w pewnym momencie niemalże nie było za co kupić jedzenia, ale dzieci nadal chodziły do elitarnych, drogich szkół, żeby tylko znajomi nie zorientowali się, że firma rodziców przechodzi poważny finansowy kryzys. Jak powiedział kiedyś Danny Kaye: „I znów człowiek wydaje pieniądze, których nie ma, na rzeczy, których nie potrzebuje, by zaimponować ludziom, których nie lubi.” Nic dodać, nic ująć.

Z tego samego powodu niechętnie się targujemy – bo ktoś może pomyśleć, że nas na coś nie stać. Ale już kupowanie na wyprzedażach czy w promocji jest w porządku, a wręcz świadczy o życiowej zaradności.

W naszej kulturze chwalenie się sukcesem finansowym zwykle nie jest dobrze postrzegane. Dlaczego? Bo w wielu osobach natychmiast budzi zawiść, którą oczywiście starają się ukryć. Zamiast jednak uczciwie przyznać, że ktoś ma po prostu lepszą głowę do interesów niż my albo zwyczajnie wkłada w swój biznes dużo zaangażowania, wolimy myśleć, że na pewno oszukuje albo „ktoś” mu pomaga. Bo przecież wiadomo, że pierwszy milion trzeba ukraść…

Wspomniane wyżej „rozdwojenie jaźni” w temacie pieniądza objawia się też w znaczącej różnicy między tym, co deklarujemy, a tym, co robimy. Oficjalnie „nie w pieniądzach szczęście człowieka” albo „nie są ważne”, a w głębi duszy ciągle porównujemy się z innymi i w większości przypadków życzylibyśmy sobie znacznie większych dochodów.

Pieniążki czy szmal?

 

Skoro „pieniądze” są tematem tabu, używamy różnych określeń, aby je nieco oswoić, zauważa prof. Jerzy Bralczyk. Stąd często używane zdrobnienia – „pieniążki” – które brzmią mniej poważnie, definitywnie. Na drugim biegunie znajdują się określenia o zabarwieniu negatywnym, takie jak „szmal”, „kasa”, „forsa”, które sugerują pieniądze zarobione łatwo lub z naciągnięciem prawa. Takie określenia dystansują nas od tematu, mamy poczucie, że „kasa” czy „pieniążki” nie są czymś tak poważnym i wiążącym się z odpowiedzialnością, jak po prostu „pieniądze”.

Stereotypy związane z pieniędzmi są nam wtłaczane do głowy od dzieciństwa. Kto z nas nie pisał w szkole rozprawek o tym, że „pieniądze szczęścia nie dają”? Pamiętamy postacie bogaczy z książek i kreskówek, stereotypowo zamknięte w wielkim skarbcu i ciągle przeliczające złote monety, jak chociażby Sknerus McKwacz, wujek Kaczora Donalda (który notabene znalazł się na 6 miejscu listy najbogatszych postaci fikcyjnych magazynu Forbes) czy jego pierwowzór Ebenezer Scrooge z „Opowieści Wigilijnej” (miejsce 12). Albo mit o królu Midasie, który przez swoją chciwość niemalże umarł z głodu, bo wszystko, czego dotknął dosłownie zamieniało się w złoto. Swoją droga ciekawe, że postaci fikcyjne, które do bogactwa doszły własną pracą są przedstawiane w czarnych barwach, a te, które odziedziczyły fortunę lub bogato wyszły za mąż – jak wszelkiej maści księżniczki – wręcz przeciwnie.

W związku z tym trudno się dziwić, podświadomie mamy do bogactwa stosunek negatywny, z drugiej strony marząc o wygranej w Lotto. I trudno się dziwić, że rozmowy o pieniądzach, które warunkują w pewien sposób nasz społeczny status i sposób, w jaki jesteśmy postrzegani, są dla nas krępujące. Zapewne wiele jeszcze wody upłynie, zanim oswoimy się z tym tematem i bez żadnych kompleksów będziemy negocjować ceny czy prosić o podwyżkę.

Jak to bowiem zgrabnie ujął Oscar Wilde: „Istnieje tylko jedna grupa ludzi, która myśli o pieniądzach więcej niż bogaci, a mianowicie ubodzy”.

Redakcja Rankingu MLM

Źródła:

http://biznes.interia.pl/szukaj/news/pieniadze-nie-sa-tabu,903287

http://natemat.pl/40083,wole-dostac-mniejsza-pensje-niz-zeby-pomysleli-ze-jestem-pazerna-polacy-nie-umieja-rozmawiac-o-pieniadzach